HistoriaSamorządWywiad

Jestem stąd, z Ossowa

Pozytywny Wołomin: Kiedy pierwszy raz był Pan w tym miejscu? Tu gdzie są groby poległych w sierpniu 1920 roku, miejscu, które jest symbolem wielkiego polskiego zwycięstwa? 

Konrad Rytel: Pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj rowerami w 1966 r. To był rok obchodów 1000-lecia państwa polskiego. Miałem szesnaście lat, byłem uczniem liceum im. Władysława IV, na lekcje religii chodziliśmy do kościoła przy ul. Szwedzkiej, prowadzonego przez księży Marianów. Jesienią tego roku do parafii przyjechał Prymas Stefan Wyszyński, tam usłyszałem
o Ossowie, księdzu Skorupce i zwycięstwie nad bolszewikami. 

A w rodzinnym domu nie rozmawialiście o tamtych wydarzeniach, rodzice nie opowiadali?

Jestem stąd, z Ossowa. To naturalne, że
w domu wspomnienia były cały czas obecne.  Rodzony brat ojca, Jan Rytel brał udział w wojnie 1920 roku, wrócił do domu dopiero w 1921. Najpierw przyszła wiadomość do domu, że nie żyje, że poległ na polu chwały. Po tej wiadomości mama, a moja babcia umarła z rozpaczy. Tak mówiło się w domu – strasznie to przeżyła i umarła z rozpaczy po stracie syna. Mój tata miał wtedy 7 lat. A za miesiąc czy dwa Jan wrócił z wojny! Kult i pamięć o tych wydarzeniach był w domu zawsze. Ale w domu się o tym nie rozmawiało. Ojciec w 1939 roku walczył w 5 Pułku Ułanów Zasławskich , ale też niechętnie o tym mówił, bał się o nas, o dzieci. Słyszałem: czekaj synu, jeszcze nie zrozumiesz, masz czas. Mój ojciec jako uczestnik ruchu oporu po wojnie schronił się na kolei, to była forma ucieczki, wiecznie w drodze, jeździł po całym kraju. Przypomniano sobie o nim dopiero dwa lata o śmierci. Krzyż za udział w wojnie obronnej 1939 roku odebrała mama. Takie były czasy… 

Szesnastoletni Konrad Rytel pojechał w 1966 roku do Ossowa i zobaczył….

To była prawdziwa wyprawa, w największej tajemnicy. Do bodajże 1977 roku na rzece nie było mostu, a przed rzeką stały tablice ostrzegawcze poligonu wojskowego, że wstęp grozi śmiercią lub kalectwem. Ludzie w Ossowie mieli gospodarstwa, żeby dostać się na pastwiska po drugiej stronie rzeki, pokonywali ją wbród. Jak pierwszy raz zobaczyłem… Tu gdzie kaplica też było pastwisko. Właściwie to był szkielet kapliczki, ruina, pomnik na środku ostrzelany, bez krzyża, bez orła. Dokoła równa ziemia, nic nie było, krzaki, dziki bez. Na teren cmentarza, nieogrodzonego, wchodziły krowy. W latach 60. wojsko obsadziło teren laskiem, celowo, jak się jechało szosą, takim końskim traktem, to widać było tylko drzewka. Zachęceni przez księdza, i jednocześnie ostrzeżeni, że lepiej w sierpniu nie pokazywać się w tym miejscu, bo wtedy w okolicy jest dużo wojska, zaczęliśmy dbać o teren kaplicy i cmentarza. W 1970, czy 71. podjęliśmy decyzję o uformowaniu mogił, po cztery z każdej strony. 

Zrobiliśmy kopczyki, obłożyliśmy je darniną. Ustawiliśmy brzozowe krzyże, a moja narzeczona, późniejsza żona, wypisała na tabliczkach nazwiska poległych żołnierzy. Ojciec kolegi pomógł zrobić znicze. Spotykaliśmy się przy tych grobach 2 listopada, zawsze o godzinie 20. I spotykamy się do dzisiaj, chociaż minęło już 50 lat, Michał Jakubowski, Mirek Bujalski z żoną Urszulą, Jerzy Moszczyński z żoną Magdaleną, ja z żoną Celiną. Dopiero kilka lat później, w 1977 r. prymas Wyszyński osobiście „załatwił” z Edwardem Gierkiem pozwolenie na odprawianie w ossowskiej kaplicy niedzielnej mszy świętej. 28 września 1978 biskup Jerzy Modzelewski w asyście ks. Grzegorza Kalbarczyka /w latach 1967-1971 wikariusza w Kobyłce/, poświęcili odnowioną kapliczkę. Wtedy też pobudowany został drewniany mostek, który niemal każdej wiosny był znoszony przez wodę i kilka mszy odprawiono wówczas w remizie straży pożarnej. 

Jest Pan związany z Ossowem całe życie, wie wszystko o tym miejscu. Nie ma chyba drugiej osoby, która tyle zrobiłaby dla zachowania pamięci, ocalenia dla potomnych prawdy o bitwie 20. roku.

O, zupełnie się z tym nie zgadzam! Pani Anna Lesińska, następnie Józef Przybysz, ksiądz Kazimierz Konowrocki, Marian Jeznach, te osoby najwięcej zrobiły dla Ossowa. I za to co robili, w najcięższych czasach, nie zważając na szykany ze strony komunistycznych władz. W 1995 r. zostali uhonorowani przez prezydenta Lecha Wałęsę Srebrnymi Krzyżami Zasługi. Pani Anna Lesińska, opiekunka żołnierskich grobów
w Ossowie, wspominała, jak jej rodzice zwozili poległych z pola walki, dopiero później ciała żołnierzy zabierało wojsko, przyjeżdżali krewni. To prawda, wiem dużo o Ossowie, ale czy mógłbym żyjąc tutaj, nie interesować się tym miejscem? Wyjątkowe spotkanie przeżyłem w 1995 roku. Pewnego dnia późną zimą przyjechał do mnie do domu starszy pan. – Ksiądz w Kobyłce powiedział mi, że tylko z panem mogę o Ossowie rozmawiać. Ja brałem udział w bitwie pod Ossowem – usłyszałem. Z radością przyjąłem pana Kazimierza Węcławskiego, 92-letniego weterana bitwy ossowskiej, wysłuchałem, nagrałem wspomnienia. Dzięki niemu odnalazłem jeszcze pięciu uczestników tej bitwy. Wszyscy odwiedzili Ossów, razem z Prezydentem Rzeczpospolitej składali wieniec od narodu,  zostali uwiecznieni na zdjęciach, w tych gablotach koło kaplicy. 

W tym roku po raz pierwszy od bodajże 28. lat nie będzie Biegu Cud nad Wisłą między Ossowem a Radzyminem. Ten bieg to dzieło Pana
i Mirka Jusińskiego. Szkoda?

Uważam, że bieg powinien się odbyć, z powodzeniem można byłoby go zorganizować. W czasie kampanii wyborczej na wiecach gromadziły się tysiące ludzi, bez maseczek, bez zachowania ostrożności. Przecież zawodnicy nie biegną razem, są na powietrzu, nie wiem, kto był przeciwny biegowi. To prawda, że razem z Mirkiem Jusińskim, dyrektorem Ośrodka Kultury i Sportu w Radzyminie, byliśmy pomysłodawcami biegu
i tylko jemu zawdzięczamy że ten pomysł trwa do dzisiaj a impreza ma charakter międzynarodowy z udziałem zawodników z różnych krajów. Do dziś pamiętam, że nagrodą za pierwsze miejsce w pierwszym biegu był plastykowy zlewozmywak, bo takiego pozyskaliśmy sponsora. 

Jak Pan tu teraz jest, przy kaplicy, przy tych grobach, które kiedyś Pan ratował, to co myśli?

Nigdy bym nie uwierzył, że ja doczekam takich czasów. Ja w ogóle śnię! Zadbane groby, otoczone opieką miejsce, odrestaurowana kaplica, pawilon historyczny. Z tym pawilonem to było tak. W 1995 roku przed uroczystościami 15 sierpnia, w 75. rocznicę bitwy, wojsko ustawiło przed kaplicą mapę plastyczną obrazującą przebieg działań. Po wykładzie mówię do generała: zostawcie nam tę mapę, to dotyczy tego terenu, będziemy pokazywać młodzieży. A generał na to: a po co, na polu będzie stała? 

Będziecie mieli odpowiednie miejsce, to mapę przekażę. Nie minęło pięć lat, jak zbudowaliśmy przy szkole pawilon. Dzwonię do generała i pytam: pamięta pan, generale? Dostaliśmy od wojska tę mapę. 

Jednak niezrozumiałe dla mnie jest, wręcz uważam to za wstyd, żeby stu lat było za mało, by godnie uczcić miejsce, w którym została obroniona, uratowana Polska i Warszawa. Przecież to nie była bitwa ossowska, tylko Bitwa Warszawska, przełomowa bitwa w dziejach Europy
i świata. 

A Warszawa nie ma żadnego miejsca pamięci poświęconego obrońcom ojczyzny z 1920 r. Musi w końcu, po stu latach powstać miejsce i nie mówię tu o zwykłym muzeum, bo to już w Ossowie mamy. Marzy mi się miejsce myśli niepodległościowej, instytucję pamięci, miejsce, które jednocześnie uczciłoby i oddało wielkość zwycięstwa 1920 roku. 

Dziękuję za rozmowę Ⓟ

Pokaż więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close
Close

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker