HistoriaKulturamuzyka

Wołomiński „Vitrum” po „Jupiterach”

Przed początkiem

Mieli po kilkanaście lat i żadnego kątka, w którym spokojnie mogliby po swojemu, sami próbować swoich umiejętności muzycznych. Wiemy, że były szkoły muzyczne, ogniska muzyczne w niektórych miastach, w Wołominie też, ale tam zgodnie z wytycznymi uczono muzyki klasycznej, nut, historii muzyki i wielu innych potrzebnych muzykom profesjonalnym umiejętności. To nie taka przygoda. Oni chcieli już zaprezentować to, co im w duszy grało. Było to inne od tego, co wciąż nadawało radio!

Andrzej przypomina, że skrzykiwali się z kolegami w sprzyjającą pogodę w parku, na skwerze, podwórku czy garażu, aby popisać się przed sobą tym, co zapamiętali i wydaje się im, że potrafią.

Próbowaliśmy coś robić, grać, śpiewać. Nie wyglądało to za ciekawie, ale nam dawało radość i nadzieję, że może się zgramy i wystąpimy kiedyś jako zespół. W zimne dni spotykaliśmy się w mieszkaniach kolegów, gdzie były jakieś warunki. Często spotykaliśmy się u Wandy (dziś Lipińskiej). Jej mama, jako jedna z nielicznych, znosiła te nasze „próby”. Chciała nam w jakiś sposób pomóc. Wanda z nami podśpiewywała, ale na solistkę się nie pisała.

Ja pierwsze rytmy wystukiwałem na stołach, krzesłach, poduszkach, na czym się dało uzyskać jakiś dźwięk i rytm, byle niezbyt głośno, bo w domu. Chłopcy z pozyskiwanych części ze starych radioodbiorników robili tzw. przystawki do gitar, sami budowali sobie wzmacniacze i próby trwały w najlepsze. Wtedy grali jeszcze na zwykłych klasycznych gitarach, a ja stukałem rytm na parkowej ławce, ale miałem już pałeczki. Gdy zaczynaliśmy czasem śpiewać w parku przy Moniuszki, jak spod ziemi zjawiała się milicja i przeganiała nas do domu – takie były czasy. Dziś młodzież może się z tego śmiać, bo jest dostępność sprzętu, klubów, Domu Kultury, świetlic, które czekają na chętnych i zapraszają do zajęć.

Mało było zakładów pracy, które chciałyby mieć pod opieką jakiś zespół. Wiązało się to wtedy i dziś z finansowymi obciążeniami, na salę, sprzęt, instruktorów. Wołomińska huta i PSS, jak pamiętamy, były nielicznymi wówczas na naszym terenie sponsorami. Nasze i Rady Zakładowej wyobrażenia o tym opiekuńczym mecenacie były często rozbieżne – wręcz odmienne.

Jak te próby wyglądały w moim niezbyt dużym, 21m2, pokoju, dziś trudno mi sobie to uzmysłowić. Pamiętam, że czasem sąsiedzi prosili, żeby trochę ciszej, ale konfliktów nie było. Miałam umuzykalnionych sąsiadów, byli przyzwyczajeni. Ja wyśpiewywałam co dzień, już od szkoły podstawowej, wraz z radiem, wszystko co akurat udawało się powtórzyć, choćby fonetycznie. Do dziś pamiętam większość piosenek z tamtych lat, ot wybiórcza pamięć.

I tak między 1962-65 rokiem zabawialiśmy się w muzykowanie w spontanicznie zwoływanych grupkach, między nauką i pracą. Niektórzy wyrośli z marzeń albo grali u cioci na imieninach, a mnie ciągle marzył się jakiś zespół i perkusja, która była nieosiągalna. Zacząłem pracować w hucie w 1967 roku, ale niebawem zaprosili mnie do wojska. Z przekazów kolegów dowiadywałem się, że „JUPITERY” mają przenieść się pod opiekę miasta zrezygnować z opieki huty. Gdy wróciłem jesienią 1968 roku po krótkim pobycie w tymże wojsku, dowiedziałem się, że „JUPITERÓW” już nie ma w hucie. Jednak próby jakiegoś zespołu słyszałem za oknami tej samej sali konferencyjnej, w której wcześniej grały „JUPITERY”. Po kilku dniach dowiedziałem się, że to nowy zespół, który przybrał nazwę „VITRUM” (tak się nazywała huta przed wojną). Był to pierwszy skład tegoż zespołu, już wszystkich osób nie pamiętam, bo nie istniał w takim składzie zbyt długo.

Wanda Lipińska i Andrzej Milczarek wspominają zespół “Vitrum”
Pełny tekst na stronie dawny.pl

 

Pokaż więcej

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz też:
Close
Back to top button
X

Adblock Detected

Please consider supporting us by disabling your ad blocker